Mikołaj rozdaje… leasingi! – Wywiad z Mikołajem Łagowskim
5 (100%) 7 votes

Z branżą leasingu związany od 2008r, od początku zajmował się leasingami maszyn. W wywiadzie opowiada o swoich początkach, wpływie leasingu na podatki firmy i ciężkich przypadkach leasingowych. O dobrych książkach, mentalności przedsiębiorcy, spełnianiu marzeń i swoich pasjach. Wywiad przeprowadził Paweł Huma.

 

 

Cześć, Mikołaj!

 

Cześć, Paweł.

 

Czym się zajmujesz?

 

Pomagam ludziom w uzyskaniu leasingu. Takiego, na jaki zasługują. I na takich warunkach, na jakich by chcieli, a nie takich, jakie narzuca im firma leasingowa, niezależnie od ich sytuacji.

 

Jest to temat dość ciekawy, w szczególności że sam próbowałem kilka razy zdobyć leasing, jakoś go ugryźć. Ale mnie na razie interesuje, skąd tak naprawdę jesteś, czy jesteś tym rodowitym centusiem Krakusem, że zająłeś się tymi finansami, czy może jesteś z innego miasta?

 

OK, więc taki krótki rys historyczny. Nie jestem rodowitym Krakusem, chociaż mieszkam w tym mieście od 14 lat i czuję się nim – pozdrowienia dla tych, którzy mieszkają tu od kilku pokoleń! Pochodzę z Bełchatowa, z województwa łódzkiego, 50 km pod Łodzią. Podkreślam to, bo Bełchatów kojarzy się ze Śląskiem. To dlatego, że mamy tam dużą kopalnię odkrywkową węgla brunatnego, a nie kamiennego. Jak wiele młodych osób, trafiłem do Krakowa na studia na Uniwersytet Ekonomiczny. Na studiach poznałem swoją żonę i tak w tym mieście zostałem, przy czym Kraków zawsze mnie ciągnął. Będąc w liceum marzyłem, żeby to tutaj właśnie studiować. Nie miałem jeszcze wtedy sprecyzowanych planów, czy chcę tu mieszkać, czy nie, ale z perspektywy czasu nie żałuję.

 

Czyli skończyłeś studia, zostałeś w Krakowie i teraz prowadzisz własną działalność gospodarczą. Jak do tego doszło, że znajdujesz się w tym momencie na tym etapie swojego życia? Czym się wcześniej zajmowałeś?

 

Muszę się trochę cofnąć w czasie. Będąc jeszcze młodym chłopakiem w liceum, zupełnie przypadkiem trafiłem na ogłoszenie o książce „Bogaty ojciec, biedny ojciec” Roberta Kiyosakiego. Jak przeczytałem zajawkę tej książki, poczułem, że muszę ją kupić. Zamówiłem ją poprzez sprzedaż wysyłkową. Przyszła, przeczytałem ją chyba ze trzy razy. To była pierwsza książka z tematyki samorozwoju, którą przeczytałem. Wywarła na mnie tak duże wrażenie, że postanowiłem dowiedzieć się więcej, czym jest pieniądz, o co chodzi w zarządzaniu pieniędzmi, dlaczego jedni są bogaci, inni nie. Wybrałem więc ekonomiczny kierunek studiów, aby się więcej o tym pieniądzu dowiedzieć. W międzyczasie pojawiło się marzenie, że w przyszłości zamiast pracować na etacie, chciałbym zostać przedsiębiorcą, zatrudniać ludzi. Będąc w liceum nie myślałem jeszcze o tym, aby podejmować jakieś działania w kierunku przedsiębiorczości. Na studiach, ku mojemu zaskoczeniu, o tym pieniądzu wykładano suchą teorię. Nie było zajęć o tym, dlaczego ktoś się bogaci, a inny nie. Więc w wolnym czasie zacząłem sam chodzić na kursy samorozwoju, szkolenia, czytać następne książki. Gdzieś po drodze zrodził mi się pomysł, aby otworzyć portal najbogatsi.pl i pisać o tych najbogatszych ludziach, publikować ich rankingi. Rozumiałem bogactwo nie tylko przez pryzmat pieniądza, ale też innych sfer życia, czyli żeby mieć udane życie prywatne, przyjaciół, cieszyć się dobrym zdrowiem. Nie tylko, aby w jednej sferze osiągać niesamowite sukcesy, a pozostałe zaniedbać, ale żeby to wszystko było zrównoważone.

 

Odniosłem wrażenie, że znalazłeś złoty środek na życie, czy tak jest? Bo każdy z nas chce mieć dużo pieniędzy, a już zapominamy o zdrowiu, o rodzinie, a w obecnych czasach także o czasie wolnym dla siebie, kiedy to możemy się „podrapać po tyłku”, ale też zainwestować w siebie. Czy możesz powiedzieć, że w stu procentach już masz szczęście w każdej z tych sfer, czy jednak czegoś Ci brakuje? Kolano Ci nawala, brakuje Ci czasu, żeby obejrzeć film z małżonką?

 

Nie mogę powiedzieć, abym w stu procentach czuł się spełniony. Ja w ogóle w życiu kieruję się taką maksymą, że jestem wdzięczny za to, co mam, równocześnie jestem niezadowolony, bo wiem, że mogę osiągnąć więcej zarówno jeśli chodzi o zdrowie, relacje międzyludzkie, jak i rozwój mojego biznesu czy finanse. Więc cieszę się i jestem wdzięczny za to, co już do tej pory osiągnąłem. I jednocześnie chcę więcej.

 

Wiem, że na tych studiach przeczytałeś masę książek i bardzo korci mnie, jaką drugą książkę o samorozwoju, finansach możesz polecić słuchaczom, która wywarła na Tobie wrażenie, a którą warto przeczytać?

 

Bardzo dobra książka o finansach osobistych to „Bogaty albo biedny, po prostu różni mentalnie” autorstwa T. Harva Ekera, który prowadzi w Polsce szkolenia Millionaire Mind Intensive. To są trzydniowe intensywne szkolenia, bodajże w Warszawie. Polecam je przejść, brałem w nich udział w 2009 r., kiedy to musiałem lecieć aż do Londynu, aby się przeszkolić, bo w Polsce jeszcze ich wtedy nie było. Książka jest na polskim rynku od dawna i pomaga poukładać sobie, w jaki sposób zarządzać domowym budżetem, żeby zaczął on rosnąć, a nie tylko rozpływał się cały czas. Pomaga też zidentyfikować nasze przekonania na temat pieniędzy. Okazuje się, że większość z nich wynosimy z domu i potem nieświadomie powielamy wzorce, które zaszczepili nam rodzice. Często są to wzorce, które nie nadają się do niczego i sabotują nasze wysiłki, żeby coś osiągnąć.

 

Dwie pozycje książkowe za nami, nie będę Cię pytał o resztę, bo śmiem twierdzić, że mógłbyś całą biblioteczkę przytoczyć, przynajmniej z tego samorozwoju i odnośnie finansów.

 

Mam dość dużą biblioteczkę w domu, więc pewnie mógłbym.

 

Powiedz, jak zaczęła się Twoja kariera finansowa?

 

Jak wspomniałem, miałem marzenie o prowadzeniu własnej firmy. Problem, jaki spotyka wielu młodych ludzi, jest taki, że mają to marzenie, tylko na niczym konkretnym się nie znają. Bo jeśli nie mamy jakichś zainteresowań stricte specjalistycznych, które możemy potem przekuć w biznes, to zwykle jest tak, że w pewnym momencie lądujemy czy to w pracy, czy na praktykach, zaczynamy się czegoś uczyć, a potem nasza ścieżka już w tym kierunku podąża. U mnie było tak, że jeszcze w tracie studiów organizowałem ze znajomymi takie wyjazdy zagraniczne do Szwecji, gdzie we własnym zakresie szukaliśmy sobie różnego rodzaju pracy dla mieszkańców Sztokholmu. Pomagaliśmy im najczęściej w remontach domów, pracach fizycznych w ogródku itp.. Pracowaliśmy intensywnie przez dwa miesiące. Była to ciężka praca fizyczna, ale na tamte czasy dawała świetne zarobki dla młodego człowieka, bo pamiętam, że z takiego wyjazdu potrafiłem przywieźć na czysto ok. 15 tys. zł. To były dla mnie dobre pieniądze, które pozwalały mi funkcjonować przez kolejny rok, nie brakowało mi ich na jakieś moje zachcianki. Przy okazji trzeciego wyjazdu zabrałem ze sobą już siedem osób i organizowałem im wszystkim pracę. Przez ponad miesiąc wszyscy mieliśmy co robić, dzień w dzień. Dla nas było to duże osiągnięcie, bo nikt nas wtedy nie zatrudniał na stałe. Wyobraźcie sobie, że jadąc do Szwecji za pierwszym razem, braliśmy namioty. Spaliśmy na polu namiotowym, w dzień roznosiliśmy ulotki po domach i ludzie z tych ulotek dzwonili z propozycjami pracy.

 

Czyli organizowałeś ludziom robotę, organizowałeś ten wyjazd?

 

Jechaliśmy wspólnie ze znajomymi, to byli moi przyjaciele i są nimi do dzisiaj. Ja znałem najlepiej język angielski, więc na mnie spoczywały wszystkie rozmowy, negocjowanie kontraktów. Wspólnymi siłami roznosiliśmy ulotki, więc mogliśmy w ten sposób więcej terenu oznaczyć, niż gdybym to robił sam.

Jeśli chodzi o sprawy stricte zawodowe, kończąc studia, rozpocząłem pracę w Comarchu. Pracowałem tam przez pół roku jako wdrożeniowiec w dziale Stanów Zjednoczonych. Tu znowu przydał się ten angielski, który miałem na dobrym poziomie. Przez te pół roku zorientowałem się, że tego rodzaju praca nie jest dla mnie. Była to praca zarezerwowana dla introwertyków. Mimo że w pokoju siedziałem z siedmioma osobami, to okazało się, że prawie ze sobą nie rozmawiamy, a jeśli już, to nie na głos, tylko piszemy do siebie na czacie. Dla mnie to było dziwne i niezrozumiałe, ale przykład płynął z góry. Po pół roku stwierdziłem, że tak być nie może. Trafiłem do branży leasingowej. W zasadzie już dwa miesiące przed zmianą prowadziłem rozmowy z moim znajomym, który jakiś czas już w branży leasingowej pracował. Powiedział, że w najbliższym czasie planuje zmienić pracę, bo jego żona założyła firmę, fajnie jej się kręci, więc on ją wspomoże. Że zwolni się miejsce w jego firmie i czy nie chciałbym spróbować swoich sił w leasingu. Sądził, że nadawałbym się będąc otwartym na ludzi. Postanowiłem bliżej się temu przyjrzeć i tak trafiłem do branży leasingowej. Najpierw przez kilka dni chodziłem do biura, by zobaczyć, jak on pracuje, jeździłem z nim na spotkania, słuchałem, jak rozmawia z ludźmi. W międzyczasie złożyłem CV do jego firmy i zostałem zaproszony na rozmowę do Warszawy. Potem mnie przyjęli i przez jakiś czas tam pracowałem. Wymogiem zatrudnienia było otwarcie działalności. Samozatrudnienie sprawiło, że zacząłem już trochę inaczej myśleć, bo mogłem wystawiać faktury, robić jakieś koszty, czyli sprawiać, że płacę mniejsze podatki, czego nie może zrobić pracownik zatrudniony na etacie. Zacząłem krok po kroku spełniać swoje marzenie, otworzyłem własną działalność, co prawda jeszcze pracowałem dla kogoś, ale pierwszy krok został zrobiony. Jakiś czas później zrobiłem kolejne kroki.

 

Poruszyłeś ciekawą rzecz, mianowicie: potencjalny Kowalski i przedsiębiorca-etat kontra działalność gospodarcza. Działasz w branży leasingowej. Ja tak naprawdę przez większość mojego życia byłem przyzwyczajony do czegoś takiego jak pożyczka, miniratka, kredyt gotówkowy, po czym nagle ląduje mi to magiczne słowo „leasing”. Przed naszą rozmową sprawdziłem synonim tego słowa, spojrzałem do naszego rodzinnego języka i znalazłem strasznie głupie określenia tego słowa, np. „wydzierżawić” – co, jesteś dzierżawcodawcą? Dziwnie to brzmi. To słowo przeniknęło to naszego języka. Ale tak naprawdę chciałem się Ciebie zapytać, czym różni się leasing od zwykłego kredytu? Przed świętami zaleją nas reklamy tych wszystkich „ratek”, czy to dużych, czy małych, ale banki będą nam chciały dawać kredyty gotówkowe, więc czym taki kredyt gotówkowy na prezent różni się od leasingu, zakładając, że bierzemy kredyt czy leasing na laptopa?

 

Z punktu widzenia przeciętnego Kowalskiego leasing od kredytu nie rożni się niczym, poze tym, że w leasingu nie będzie właścicielem tego laptopa. Z punktu widzenia przedsiębiorcy różnice są widoczne. Podstawowa jest taka, że leasing wpływa korzystnie na wysokość płaconych podatków, pomagając je obniżyć. Czyli każdą ratę leasingu, którą płacę co miesiąc, mogę odliczyć od podstawy opodatkowania, dzięki czemu płacę niższy podatek. Jeżeli wezmę leasing na krótki czas, mam większe raty. To pozwala mi szybciej zaliczyć w koszty przedmiot, który kupuję. W przypadku laptopa może nie zobaczymy takiej różnicy, ale jeśli kupujemy jakieś droższe przedmioty, np. samochód, maszynę do linii produkcyjnej, to są już dużo większe kwoty. I często takiej kwoty nie można jednorazowo zaliczyć w koszty, nawet jeżeli mamy gotówkę na zakup. Leasing pozwala bardzo dużą część maszyny zaliczyć w koszty jednorazowo, co ma ogromny wpływ na obniżenie podatku, który płacimy w danym miesiącu. Stąd jest chętnie wykorzystywany przez przedsiębiorców i z roku na rok tych leasingów udziela się w Polsce coraz więcej.

 

Nie każdy może wziąć leasing, może go wziąć tylko i wyłącznie przedsiębiorca. A jak to wygląda w przypadku samochodu? Czy mogę dostać leasing tylko na nowy samochód, czy jesteś w stanie załatwić leasing na samochód używany w jednej z firm leasingowych?

 

Można leasingować zarówno nowe samochody, jak i używane. Istotny tutaj jest wiek tego samochodu. W przypadku używanych ważne, żeby po zakończeniu umowy wiek samochodu nie przekroczył 10 lat. Czyli jeżeli znajdziemy sobie samochód pięcioletni – wszystko jedno, w jakich pieniądzach – możemy go jeszcze leasingować na pięć lat. Jeśli to będzie samochód siedmioletni, to na trzy lata. Suma wieku początkowego plus czasu trwania leasingu nie powinna przekroczyć 10 lat.

 

Jak zrobić, żeby nie zostać przy leasingu samochodu wpuszczonym w maliny? Chciałbym mieć niską ratę leasingową, bo mam przeznaczony jakiś kapitał na samochód. I teraz jak możemy tymi proporcjami żonglować albo gdzie możemy mieć jakieś widełki, żeby to było potem dla nas miesięcznie jak najbardziej korzystne?

 

Leasing daje się bardzo dobrze skonfigurować pod własne potrzeby. Jeśli szukasz jednorazowo tego wysokiego kosztu, możesz zdecydować się na wysoki wkład własny do leasingu i ten wkład własny jest jednorazowo kosztem. Maksymalny wkład własny wynosi 45%, minimalny 0%., chociaż zwykle jest to coś w granicach 5-10% (to są te minimalne wartości). Czyli poruszamy się w widełkach od 5-10% do 45% na dzień dobry. Jeżeli 45% to jest dla kogoś za mało, możemy jeszcze pomyśleć o tym, żeby podnieść pierwszą ratę leasingu, zamiast 1-2% do 15-20%. Dzięki temu w ciągu dwóch miesięcy dwie trzecie wartości samochodu mamy w kosztach. Tego nie da nam ani zakup za gotówkę, ani w kredycie, bo są mocne ograniczenia w szybkiej amortyzacji samochodów. Leasing trwa od 2 do 5 lat, przy czym są firmy leasingowe, które wydłużyły ten maksymalny okres  do 7 lat.

 

Ale kto trzyma samochód siedem lat?

 

Na przykład ktoś, kto od czasu do czasu potrzebuje coś przewieźć busikiem. Albo ktoś, kto kupuje samochód swoich marzeń za duże pieniądze, tylko nie do końca go na to stać. Stara się wydłużyć maksymalnie czas spłaty, żeby ratea była jak najniższa. W perspektywie czasu taka osoba często zrobi krok naprzód, rozwinie się. Zarabia lepiej i później taki leasing kończy nieco wcześniej, po prostu zamyka umowę przed czasem.

 

A jak to wygląda przy używanym samochodzie?

 

Dokładnie tak samo, tylko ten maksymalny czas leasingu to najczęściej pięć lat.

 

I to jest ta różnica?

W trakcie samego procesu załatwiania leasingu dochodzi wycena tego samochodu, bo przy używanych przedmiotach leasingodawca chcee mieć pewność, że kupuje po wartości rynkowej lub zbliżonej do rynkowej.

 

Czyli nie ma tak łatwo, że idę, kupuję, załatwiam, decyzja kredytowa w 15 min i wyjeżdżam samochodem ze sklepu?

 

Nie, w 15 minut nie załatwimy leasingu samochodu. Czasami decyzję możemy dostać bardzo szybko od złożenia wniosku, ale decyzja a uruchomienie umowy to są dwie różne rzeczy. Bo taką umowę trzeba przygotować (wprowadzić dane), podpisać, następnie wpłacić wkład własny do tego leasingu. Później jeszcze musimy wziąć wszystkie dokumenty od samochodu, zarejestrować ten samochód i dopiero gdy jest zarejestrowany i ubezpieczony, firma leasingowa zleca płatność. Więc tu jest szereg czynności do wykonania i wiele osób bierze udział w tym procesie. Dlatego nie trwa to jeden dzień, tylko jeśli załatwimy to w dwa, trzy dni, to jest naprawdę dobrze, a standardowo trwa to tydzień, czasami dłużej.

 

Ten tydzień czasu jest w momencie, gdy kupujemy samochód w miejscu zamieszkania, czyli jak jestem z Krakowa, kupuję samochód w Krakowie, ale co w przypadku, gdy spodobał mi się wóz w Warszawie. To co, ja tak z tymi dokumentami bujam się Kraków-Warszawa, Kraków-Warszawa?

 

Nie, tu wykorzystujemy kurierów. Umowę podpiszemy z Tobą na miejscu w Krakowie, natomiast same dokumenty do rejestracji zostaną wysłane przez sprzedawcę kurierem.

 

Powiedziałeś przed chwilą „leasing operacyjny”, a są jeszcze jakieś inne?

 

W Polsce funkcjonuje jeszcze leasing finansowy, jest nieco mniej popularny niż operacyjny. I te dwa leasingi różnią się między sobą konsekwencjami podatkowymi. Bo w leasingu operacyjnym każdą opłatę leasingową, którą płacimy, zaliczamy sobie w koszty w miesiącu, w którym ona wystąpiła. Czyli jeśli w listopadzie dostaję pierwszą ratę leasingu, to będę w listopadzie traktował ją jako koszt uzyskania przychodu. W przypadku leasingu finansowego nie jest tak łatwo, bo on trochę bardziej swoją konstrukcją przypomina kredyt. Odsetki są kosztem, kapitał amortyzujesz. Podobnie jak przy kredycie.

 

Strasznie to brzmi. Czuję się, jakbym siedział co najmniej na studiach. Ten język jest dla mnie prawie jak prawniczy.

 

Zgadza się. Ale to ma potem duże konsekwencje dla przedsiębiorcy, jeśli nie do końca się w tym odnajduje. Łatwo popełnić błąd. Są takie sytuacje, w których ten leasing finansowy jest korzystniejszy dla przedsiębiorcy. Przykładowo: klientem jest lekarz. Lekarze co do zasady nie są płatnikami podatku VAT. Nie są vatowcami, czyli nie mogą tego podatku VAT odliczać od zakupów. Dodatkowo sprzęty medyczne takie jak unit stomatologiczny mają stawkę VAT 8%. Co się stanie, jeśli lekarz zdecyduje się wziąć taki unit stomatologiczny w leasing operacyjny? Będzie co miesiąc wrzucał wszystkie raty brutto w koszty, ale podrożeje mu ten unit, jeżeli chodzi o VAT, z 8% do 23%. Dlaczego? Bo leasing operacyjny to jest usługa podlegająca stawce VAT 23%. I jeżeli mamy 8% stawki VAT w przedmiocie, to niestety w ratach zostanie to podniesione do 23%. A lekarz tego VAT-u nie będzie miał możliwości odliczyć. W jego przypadku korzystniej będzie skorzystać z tego leasingu finansowego, który traktowany jest jak dostawa towaru i przyjmuje taką stawkę VAT, jaką ma towar.

 

Ta ostatnia wypowiedź dużo bardziej mi to rozjaśniła. Podałeś mi konkretny przykład, więc już mniej więcej widzę, o co chodzi.

 

I podobnie jest z innymi działalnościami, które nie są vatowcami. A jeżeli mamy samochody używane, to większość z nich sprzedawana jest na fakturę VAT marża, która nie zawiera w sobie VAT-u, który można by było odliczyć. I znowu, jeżeli kupujemy samochód bez VAT-u, a weźmiemy leasing operacyjny, to nagle doliczamy sobie 23% VAT-u. Tu jeszcze można dodać, że w Polsce mamy ograniczenia, jeśli chodzi o odliczanie VAT-u od samochodów osobowych. Od auta używnego i do działalności, i do celów prywatnych możemy odliczać tylko 1/2 VAT-u, druga połowa jest zaliczana w koszty tak jak kwota netto. Czyli nagle o połowę VAT-u byśmy sobie podrożyli samochód, jeśli wzięlibyśmy go w leasing operacyjny. To są istotne kwestie i oczywiście zwracam na nie uwagę klientom.

 

Czy wszyscy mogą wziąć leasing? Bierzemy pod uwagę firmę, czy to jest spółka, fundacja, stowarzyszenie, bo rozumiem, że działalność jednoosobowa to jak najbardziej, ale co z tymi pozostałymi podmiotami prawnymi?

 

Przedsiębiorca może taki leasing brać bez względu na formę prowadzonej działalności. To, czy go dostanie zależy w głównie mierze od czasu prowadzonej działalności. Na pewno trudniej mają firmy, które dopiero zaczynają stawiać pierwsze kroki w biznesie. Kolejne kryteria to np. wielkość sprzedaży. W przypadku leasingu jednego samochodu ta sprzedaż często nie ma znaczenia, bo są uproszczone procedury oceny, gdzie albo podajemy jakieś oświadczenie o dochodach, albo nie pokazujemy żadnych oświadczeń i wyników finansowych. Gorzej jest w przypadku maszyn, które finansuje się trudniej. Tam często musimy wykazać się jakąś zdolnością wynikającą już bezpośrednio z dokumentów.

 

Leasingujemy głównie samochody, rzadko się zdarza, aby ktoś leasingował maszyny. Jakie miałeś największe wyzwanie w pracy, bo śmiem twierdzić, że nie chodziło tutaj o samochód?

Zdecydowanie nie. Może dodam, że 70%, pochodzi z leasingu maszyn. Najczęściej są to jakieś pojedyncze maszyny lub linie technologiczne wykorzystywane do produkcji. To są niekiedy naprawdę duże kwoty.

 

Jeżeli to nie tajemnica, to podaj największe wyzwanie i największy leasing, jaki udało Ci się pozyskać dla klienta?

 

Największy leasing, jaki pozyskałem dla klienta, był na kwotę czterech milionów złotych. Na co dzień organizuję leasing na przedmioty o wartości 200-300 tys. I to są takie ceny jednostkowe w przypadku maszyn, dla samochodów są niższe. Natomiast najtrudniejszy case, jaki przerabiałem, to linia do zwijania blachy. Przedsiębiorcea działał 20 lat na rynku. Pozyskał bardzo dużą dotację na zakup linii do zwijania blachy, bo 70% miał dofinansowania do zakupu, czyli tylko 30% tak naprawdę musiał swoich pieniędzy wyłożyć. I od tej strony wszystko przedstawiało się super. Natomiast problemem okazał się dostawca tej linii, bowiem firma istniała chwilkę, nie miała nawet biura, wynajmowała biurko za 500 zł w jakimś pomieszczeniu – dziesiątki firm tak funkcjonowało. I ten dostawca nie zrobił jeszcze żadnej maszyny, którą mógłby się pochwalić, że to będzie działało, a oczekiwał zapłaty w transzach 70% kwoty, zanim ta maszyna będzie funkcjonowała. I w związku z tym napotkaliśmy na szereg trudności, żeby doprowadzić do skutku tę transakcję. Sam klient miał zdolność leasingową, działał w tej branży długie lata, więc wiedział, co chce kupić. Jako alternatywę mógł kupić taką samą maszynę renomowanego producenta, ale za 4 miliony euro, czyli cztery razy większą kwotę niż miał tu zapłacić w złotówkach. Czemu ta transakcja była trudna? Dlatego że leasingodawca zażądał tu zabezpieczenia do czasu, aż ta linia nie zostanie wyprodukowana, żeby móc zapłacić te transze na produkcje. Przedsiębiorca akurat miał nieruchomość, przedstawił operat szacunkowy, czyli pokazał wycenę na sześć milionów złotych, z czego 2 miliony miał zajęte przez bank, bo miał też kredyt hipoteczny, a 4 mln złotych było wolne. Leasingodawca zakwestionował tę wycenę. Stwierdził, że ten budynek, jest warty 3 miliony złotych i w związku z tym jest to zbyt mała kwota zabezpieczenia, żeby pod tę transakcję ją uwzględnić. Niestety przedsiębiorca nie posiadał innych, równie wartościowych nieruchomości czy przedmiotów, które mogłyby być zabezpieczeniem. W efekcie pierwszą i drugą transzę musiał wyłożyć z własnej kieszeni, w przypadku drugiej transzy posiłkował się z tego, co wiem, kredytem gotówkowym. Natomiast jak już maszyna została wyprodukowana i uruchomiona, mieliśmy potwierdzenie, że ona na pewno działa, dopiero wtedy leasingodawca zdecydował się zapłacić ostatnią transzę i zrefinansować całość wcześniej poniesionych kosztów. Cały proces trwał pół roku i był bardzo rozwleczony w czasie, natomiast nie była to najdłuższa z transakcji, jakie realizowałem.

 

A czy przy okazji i najcięższa?

 

Ta była chyba najtrudniejsza, jeżeli chodzi o kaliber wyzwania, bo i przedmiot trudny, i dostawca. Dla kogoś, kto nie siedzi w branży, to wszystko może brzmieć trochę absurdalnie, co tu takiego trudnego. Natomiast jeśli zderzymy się z procedurami firm leasingowych, powiązanych z bankami, to możecie sobie Państwo wyobrazić, jakie banki mają czasami podejście do klienta. Pewnych sytuacji nie jesteśmy w stanie przejść. I jestem dumny, że w tym wypadku udało się zorganizować finansowanie, zwłaszcza że ten przedsiębiorca, nim do mnie trafił, sam próbował w trzech firmach leasingowych, m.in. w dwóch, które go od lat obsługiwały, i one odmówiły. Niech to świadczy o tym, jak ciężkie było to wyzwanie.

 

Powiedziałeś o wyzwaniach, kwotach, które dają jakieś wyobrażenie, milion euro, cztery bańki w złotówkach, to już można byłoby lokatę strzelić i nawet żyć.

 

Okazuje się, że jednak taka linia może zarobić nieco więcej, niż te pieniądze na lokacie.

 

A jak to potem wygląda z tą maszyną? Bo w przypadku samochodu jest tak, że biorę w leasing nowy, pojeździłem, wpłaciłem wysoką ratę początkową i po trzech latach mówię „nie, banku, zabieraj go sobie”, czyli oddaję ten samochód. A jak wygląda to w przypadku maszyn? Czy też mogę powiedzieć bankowi, aby wziął sobie taką maszynę za cztery bańki?

 

Jeżeli nie będziemy mogli czy chcieli jej spłacać, to summa summarum sprawa skończy się zabraniem maszyny przez leasingodawcę, wystawieniem jej na aukcję.

 

Nie, ja jej już nie chcę, chcę, żeby ją bank zabrał, a chciałbym wziąć nową. Nie pobudzajmy takich czarnych scenariuszy, że każdy, kto bierze leasing, to za chwilę nie będzie w stanie go spłacać. Firma nam dobrze prosperuje. I dochodzę do momentu co dalej, oddać i bank ją zabierze? Czy tak wygląda procedura?

 

Trzeba rozwiązać umowę, dogadać się z leasingodawcą i leasingodawca tak czy inaczej zabierze tę maszynę czy samochód, wystawi na aukcję, sprzeda. I teraz pytanie: za jaką wartość? Jeżeli po dobrej cenie, to mamy szczęście. Jeżeli będzie długo szukał kupca, bo często w przypadku maszyn jest tak, że im bardziej specjalistyczna maszyna, tym trudniej ją sprzedać na rynku, to może się okazać, że sprzeda ją ze znaczną stratą, a wszystkimi kosztami z tym związanymi obciąży nas jako leasingobiorcę. Więc wymiksowanie się z umowy leasingu nie jest tak proste, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało. Jeśli ktoś ceni sobie elastyczność i np. chciałby oddać ten samochód wcześniej, to można bardziej rozważyć umowę najmu długoterminowego.

 

Ze swojego doświadczenia rozumiem, że nawet jak wezmę nowy samochód, pojeździłem, okres leasingowania się kończy, lepiej go wykupić i potem samemu sprzedać.

 

Leasing w pewien sposób narzuca na nas obowiązek wykupu. Często w umowach spotykamy zapisy, że leasingobiorca ma obowiązek to wykupić. Jest to też jego przywilej, bo w zasadzie wykupuje za ułamek wartości rynkowej taki samochód, a potem sprzedaje go na rynku wtórnym.

 

W tym momencie jesteś już dobrze działającą działalnością jednoosobową. Czy pamiętasz swój pierwszy deal?

 

Pamiętam. To był taki deal z gatunku wyzwanie. Był to leasing zwrotny z dwóch maszyn budowlanych. Leasing zwrotny, czyli sytuacja, w której przedsiębiorca jest już właścicielem maszyn i chce je sprzedać do leasingu, żeby odzyskać środki, w tym wypadku był to cel dla poprawy płynności. Przedsiębiorca był stosunkowo dużą firmą, więc udało się to załatwić w przeciągu dwóch czy trzech tygodni. Moją pierwszą transakcją był leasing koparki i ładowarki kołowej.

 

Ciężko było Ci się przebić na rynku?

 

Każdemu, kto wchodzi do nowej branży, nie ma jeszcze kontaktów, doświadczenia, na początku jest ciężko. Zaczynałem od sprzedaży telefonicznej, czyli dzwoniłem do firm, które wcześniej sobie wyszukałem, z pytaniem, czy nie potrzebują leasingu, czy nie mają w planach jakichś inwestycji. I tak to wyglądało na początku – trudny kawałek chleba.

 

Jak wygląda Twój standardowy dzień pracy?

 

Ja dzielę dni robocze na dwie kategorie. Są takie, w których dużo jeżdżę, mam spotkania, widzę się z klientami czy z partnerami biznesowymi, by omówić pewne kwestie twarzą w twarz. Pozostała część moich dni to praca w biurze, czyli przygotowujemy oferty, wnioski, wysyłamy maile, oferty itd. W zasadzie często te elementy się przeplatają chyba jak u każdego, kto jest czynny biznesowo.

 

A gdzie czas na obiad, odpoczynek, czas dla siebie?

 

Czasami w międzyczasie, czasami po godzinach, różnie to wygląda. W tym momencie moja praca jest bardzo elastyczna. Pewne rzeczy mogę zrobić późno w nocy albo wcześnie rano. I regularnie wstaję o 4 czy 5 rano, aby nadgonić coś, czego nie udało mi się zrobić dzień wcześniej, a co wymaga bardziej pracy koncepcyjnej w ciszy i spokoju, gdzie nie jestem co chwilę odrywany od pracy telefonami.

 

A uprawiasz jakiś sport?

 

Tak, uprawiam sport. W zasadzie od małego byłem czynny i aktywny sportowo. Kiedyś to była piłka nożna. Jak każdy młody chłopak urodzony w latach ’80, kopałem tę piłkę długo i namiętnie. Potem to było pływanie. Od 10 roku życia, kiedy tata mnie nauczył, jeżdżę na nartach. Na chwilę obecną jestem bardzo zapalony na crossfit. Od dwóch lat to ćwiczę. Po prostu zakochałem się w tym sporcie. Uwielbiam go.

 

Pompki, podciąganie, kettle itd.?

 

Tak. I praca ze sztangą, bieganie, rower, wiosłowanie, więc tu jest wymieszanie kilku różnych dyscyplin. Dodatkowo też ćwicząc crossfit, zauważyłem, że większą frajdę jednak sprawiają mi ćwiczenia z własnym ciałem niż z obciążeniem, zwłaszcza tym dużym. Dlatego jeszcze dołożyłem gimnastykę sportową. Znalazłem miejsce, gdzie dorośli, którzy wcześniej nie mieli doświadczeń gimnastycznych, mogą ćwiczyć. I obecnie w Krakowie raz na jakiś czas chodzę też na treningi gimnastyczne, aby uczyć się nie tylko podciągnięć na drążku czy pompek, ale również takich elementów jak np. salto itp.

 

Kiedy znajdujesz na to czas?

 

Zwykle wieczorami, po godzinach. Dodam, że na dzień dzisiejszy trenuję pięć czy sześć razy w tygodniu, co jak na przedsiębiorcę jest niezłym wynikiem, zwłaszcza że mam rodzinę i jeszcze czas na inne swoje zainteresowania i pasje.

 

Miałeś jeden taki trening, bo mniej więcej wiem, czym jest crossfit, jakiś czas temu biegałem. Czy po każdym treningu dostajesz porządnie w dupę, że następnego dnia nie chce Ci się ruszać, czy już jesteś na tym etapie wytrenowania, że nie masz aż takich skutków dnia poprzedniego typu zakwasy itp.?

 

Rzadko odczuwam skutki dnia poprzedniego, raczej jest tak, że jeśli ciągiem pięć dni pod rząd robię trening, to przy okazji tego czwartego czy piątego dnia odczuwam pewne zmęczenie całościowe organizmu, czasami wybranej partii mięśniowej, która akurat poprzedniego dnia mocno dostała w kość. Ale nie czuje takiego zmęczenia bezpośrednio po treningu. To już jest chyba ten poziom wytrenowania, gdzie nie robi to aż tak dużego wrażenia.

 

Ja po crossficie zdychałbym najpierw dwa tygodnie, potem tydzień, może po dwóch miesiącach bym się przyzwyczaił.

 

Początki u mnie nie były łatwe i ciało różnie reagowało na te ćwiczenia.

 

Czyli jak w biznesie.

 

Tak 🙂 Niech to będzie potwierdzeniem, jak bardzo jestem zajawiony, jak wyszukuję jakieś zawody i staram się dwa, trzy razy w roku przynajmniej wystartować w zawodach crossfitowych, żeby zmierzyć się może nie tyle z innymi, co bardziej ze swoimi słabościami. Zawsze potem dostaję kopa do treningów na długi czas.

 

Ja uwielbiałem to w zawodach biegowych, że jak wystartuję, to biegnę za krążkiem, który warty jest przy odlaniu 2-5 zł, ale przecież to jest najpiękniejszy krążek, jaki w życiu mogłem zdobyć, bo pokonałem sam siebie, swoje słabości. Masz tak?

 

W crossficie te medale zarezerwowane są dla tych, którzy są na podium, ale każdy uczestnik zawodów najczęściej dostaje pamiątkową koszulkę, więc potem z dumą tę koszulkę noszę na kolejnych treningach.

 

Odejdźmy od tego, popatrzmy na ludzi, którzy nas słuchają, na przyszłych przedsiębiorców. Masz dla kogoś takiego jakąś radę od siebie, co powinien zrobić, czy powinien pójść na swoje, czy jednak zostać na etacie, chociaż skoro już tak długo masz swoją działalność, to jednak będziesz mieć jakąś radę.

 

Pewnie jakaś by się znalazła. Ja wierzę, że warto podążać za swoimi marzeniami. I że nie powinniśmy pozostawiać ich na kiedyś, które nigdy nie nadchodzi, tylko jednak w miarę możliwości zaplanować ich realizację. Na pewno łatwiej jest zacząć własny biznes młodemu człowiekowi, który jeszcze nie ma dużych zobowiązań wynikających chociażby z tego, że kupił mieszkanie w kredycie i musi martwić się o to, skąd weźmie pieniądze na ratę kredytu, bo bank, co by się nie działo, upomni się o swoje. Więc łatwiej jest komuś, kto startuje bez zobowiązań. I czasami warto podjąć to ryzyko, przekonać się, czy to jest dla mnie, czy ja się w tym znajdę. Trzeba sobie też powiedzieć, że nie każdy nadaje się do biznesu, potrzeba tu dużej kontroli i samozaparcia, by nie zrażać się porażkami, których na początku może być więcej niż sukcesów.  Długo trwało, zanim zrealizowałem swoje marzenie. Jak to marzenie powstało, nie miałem pojęcia, co ja mogę robić ani w jaki sposób. Dzisiaj już wiem i dostrzegam coraz to nowe możliwości, którymi mogę podążyć.

 

Czy tym marzeniem było otwarcie firmy, czy coś innego, co udało Ci się zrealizować i osiągnąć?

 

Jeżeli chodzi o to biznesowe marzenie, to był to taki styl życia, który chciałem mieć. Nie chciałem być na stałe przywiązany do krzesła przez te osiem godzin na etacie. Prowadzenie własnej firmy daje mi to, czego pragnąłem. Sam układam swój dzień, sam decyduję o tym, co robię i z kim. I to sobie cenię i bardzo się z tego cieszę.

 

A jakieś osobiste marzenie jak podróż, samochód? Przeważnie tyczy się to rzeczy materialnych. Czy masz takie marzenie, które chciałbyś zrealizować, a które nie wymaga nie wiadomo jakich nakładów finansowych?

 

Jednym z marzeń, które chciałbym zrealizować, jest wspólna podróż z żoną motocyklem przez Norwegię. Miałem okazję odwiedzić ten kraj trzy lata temu, urzekł mnie, jest przepiękny, różnorodność krajobrazów jest tam niesamowita. Połączenie wody z górami ze śniegiem na czubkach i zielenią na dole wraz z wodospadami przeszywającymi te góry wywarło na mnie niesamowite wrażenie. Chciałbym zabrać moją małżonkę na taką dwu-, trzytygodniową po przejażdżkę Norwegii. Na dzień dzisiejszy na przeszkodzie stoi nam zdrowie żony, ale pracujemy nad tym, żeby je podreperować, więc pewnie za dwa lata wspólnie wybierzemy się w taką podróż.

 

Na koniec takie pytanie: degustujesz alkohol?

 

Od czasu do czasu tak.

 

Więc wybierz sobie trzy osoby, z historii – starożytność, nowoczesność – Polak, Amerykanin, Niemiec, Norweg, i powiedz: z kim chciałbyś się napić?

 

Rich Froning, Sam Walton, Józef Piłsudski.

 

To teraz powiedz, co byś wypił z kim i dlaczego?

 

Z pierwszymi dwoma napiłbym się browara, dlatego że najbardziej z napojów alkoholowych mi smakuje, a z Piłsudskim – wódki czystej, najchętniej chłodnej, ale ciepła też by przeszła przez gardło.

 

A dlaczego z nim byś się napił?

 

Miał taki epizod, że zanim doszedł do władzy, obrabował z kilkoma kolegami rosyjski pociąg. I bardzo mi się to spodobało.

 

Rozumiem, że chciałbyś o tym z nim porozmawiać. A dlaczego Rich Froning, Sam Walton?

 

Rich Froning jest czterokrotnym zwycięzcą mistrzostw świata w crossficie, więc ze względu na tę pasję chciałbym mieć z nim sposobność porozmawiać i kielicha wypić. Nie wiem, czy on nawet pije, wydaje mi się, że nie. Ale gdyby… A co do Sama Waltona, czyli założyciela największej sieci sklepów Walmart, to chyba ze względu na to, jakim był człowiekiem, bo niezależnie od tego, czy miał firmę małą czy wielką, dalej pozostał tą samą osobą, nie obnosił się ze swoim bogactwem, korzystał z niego w jakiś sposób, ale rozwijając swój biznes przede wszystkim miał na celu troskę o swoich pracowników. Wielu z nich zostało milionerami, po tym jak wartość akcji Walmartu rosła. Mam duży szacunek do tego człowieka, czytałem jego biografię, bardzo zapadła mi w pamięć.

 

A kto napisał tę biografię?

 

On sam 🙂 Tytuł brzmi Amerykański sen.

 

Mikołaj, dziękuję Ci serdecznie, że mnie odwiedziłeś w studio, że mieliśmy okazję porozmawiać, że przybliżyłeś mi troszeczkę tematykę związaną z leasingami, kredytami.

 

Cała przyjemność po mojej stronie.

 

Dzięki serdeczne i do zobaczenia!

 

Do zobaczenia!

 

Komentarze zostały wyłączone

Top